Moje wędrowanie…

Każdy może tu w kulturalnych słowach napisać coś o sobie..

Nie sprzedam panu węgla! luty 25, 2008

Zaszufladkowany do: Rafael — rafallk @ 11:53

Jakże dziwnych rzeczy można doświadczyć w naszej Ojczyźnie. Wprawdzie czasy, w których było to normalnością już niby dawno minęły, jednak przyzwyczajenia wciąż pozostały. I pewnie będą trwały jeszcze długo… Odejdą wraz z tymi, którzy pamiętają miniony system.

Pamiętam jeszcze kolejki “po wszystko”, choć często okazywało się, że “po nic”, bo towar się zawsze przecież mógł szybko skończyć. Znane są też pytania, które jeszcze czasem powtarzane są na zasadzie dowcipów, typu: – Panie, a za czym za kolejka? – A nie wiem… Wszyscy stoją, to i ja stanąłem. Na szczęście czasy czasy te już minęły. Ja mówię ” na szczęście”, inni pewnie powiedzą “szkoda”. Wystarczy mieć pieniądze i właściwie wszystko można kupić. Czy oby na pewno?Kilka dni temu byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia. Kolega poprosił mnie, bym mu przywiózł worek węgla, bo im się skończył. Firma nie zapewnia transportu tak małych ilości, więc trzeba było zorganizować to we własnym zakresie. No dobrze. Jedziemy. Gdy dotarliśmy na miejsce ogromnych stert tego cennego opału, zastaliśmy pracownika w koparce, w której zręcznie się kręcił, niczym na karuzeli. Po pewnym czasie spostrzegł, że ktoś raczył pojawić się na jego “placu zabaw”, więc przerwał na chwilę swoje wirowanie i zapytał coś w stylu: -Czego? No to kolega, przedstawił mu swoje marzenie zakupu u niego węgla. Stałem nieopodal, ale warkot koparki nieco zagłuszał ich rozmowę. Machał rękami, kręcił głową, że nie. Nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Dopiero, gdy zdenerwowany kolega odszedł od niego, opowiedział mi, o co chodziło temu panu i jakie racje przedstawił.

Mianowicie oznajmił, że nie sprzeda węgla, bo wybierzemy sobie same bryłki, tzn. bez miału. No przecież właśnie to było w założeniu! Chcieliśmy kupić węgiel, a nie miał, czy jakąś mieszankę jednego w drugim. Przecież tzw. miał węglowy jest sprzedawany oddzielnie i ma sporo niższą cenę! Dlaczego mam więc płacić za dobry jakościowo węgiel, a spotykać się z pretensjami, że nie ładuję sobie tańszego miału? Ba! Ale kto tu mówi o jakichś pretensjach! My nie mieliśmy nawet szansy słysząc NIE SPRZEDAM!

Zacząłem się więc tak zastanawiać, czy ten sprzedawca miał prawo tak nas potraktować? Oczywiście, że w czasach prywatyzacji, itd. Jego punkt, jego węgiel… Zrozumiałe. Ale czy nie stać go było choć na jakieś lepsze tłumaczenie? Np. nie sprzedam Panu, bo chodzi Pan w dżinsach, albo źle Panu z oczu patrzy? A on tak po prostu bezceremonialnie, parafrazując nieco: Nie sprzedam, bo Pan chce to, za co płaci, a nie ten tańszy produkt, tak, żeby mnie więcej zostało! Który my właściwie mamy rok?

Zdenerwowałem się. Gdybym słyszał całą rozmowę na bieżąco, pewnie któreś z zamieszczonych tu pytań, albo jeszcze jakieś bardziej kłopotliwe padło by w stronę usłużnego sprzedawcy. Może idobrze, że dopiero w samochodzie dowiedziałem się o szczegółach.

Powiedziałem koledze, że pojedziemy do innego punktu, choćby do kopalni, a ‘chamowi” nie damy zarobić! Najbliższy podobny punkt sprzedaży jest oddalony o 17 km i należy do tego samego właściciela. Przypomniała nam się jednak reklama puntu sprzedaży węgla brunatnego i różnych brykietów. Napiszę tylko w skrócie, że skorzystaliśmy z tego rozwiązania. Mieliśmy samochód, było to możliwe. Ale pomyślmy, co by było, gdyby do tego pana przyszła jakaś “babcia” chcąc kupić tylko trochę opału, bo na więcej nie starczyło. No bo leki drogie, a rencina malutka. Na pół tony nie stać… A zimno jeszcze bardziej, niż za młodych lat! Czy też tak by ją potraktował? Pewnie tak. Oj świecie!

W drodze po ten węgiel drzewny kolega opowiedział mi jeszcze bardzo wymowną i pasującą do całości opowiadania historię, jak to jego znajomy pewnego razu kupował węgiel. I to wcale nie worek, lecz dwie tony. Oczywiście usłużna firma przy takich ilościach zapewnia bezpłatny transport. Tak było i tym razem. Znajomy przychodzi do domu. Żona – Kochanie, przywieźli węgiel. Ten patrzy i jakoś mu się zdaje, że jak na dwie tony, to jakoś tego za mało! Zadzwonił do innej firmy, wynajął samochód z przyczepą, załadował wszystko przy świadkach i pojechał z tym do tej firmy z opałem w celu zważenia. Brakowało bagatela jakieś 500 kg! Nawet mimo umorusanych węglem policzków przestępcy dało się zobaczyć zaczerwienienie. Ale nie stracił inicjatywy. Szybka zaproponował łapówkę w postaci dwóch ton węgla w zamian za uciszenie sprawy. Sprawa faktycznie została uciszona. Ów znajomy miał dwa razy więcej węgla. Nie łudziłbym się, że ten oszust oddał to ze swojej kieszeni. Z pewnością tę jego “wpadkę” okupili inni nabywcy, którzy nie mieli w sobie tyle inicjatywy, by jeździć z węglem na ponowne ważenie.

W punkcie z węglem brunatnym zostaliśmy obsłużeni jak przystało na cywilizowane czasy. Rady, informacje, dziękuję, zapraszam… Ale niesmak po pierwszym kupowaniu czuję do dziś

Sprawa nie dotknęła mnie osobiście i jakoś nie mam zbytnio ochoty się denerwować ponownie, ale coś mnie w tym niepokoi. Może ktoś zna więcej przepisów prawnych itp. Czy ten sprzedawca miał prawo odmówić nam sprzedaży z takim tłumaczeniem? Jeśli coś komuś się nasunie, to bardzo proszę napisać mi w komentarzu.

Przyszedł mi jeszcze pomysł, żeby wysłać po węgiel Pana Janusza Waisa (Weisa) – dziennikarza Radia ZET, który słynie z dociekania racji w takich bardzo nietypowych sprawach. Ciekawe, czy jemu by sprzedał…

eR.

 

Co powoduje ludźmi, że wznoszą świątynie? luty 13, 2008

Noc

Na przestrzeni wieków powstała niezliczona ilość świątyń. Te najbardziej przez nas znane to tzw. kościoły, czy nieco rzadsze na tych terenach cerkwie. Ogromne nakłady pracy i finansów nie zniechęcały budowniczych.

Przecież nie chodziło tylko o wzniesienie sobie pomnika. Chodziło o coś znacznie więcej. Element duchowy odgrywał tu zasadnicze znaczenie. Świątynie wznoszone były dla Boga – dla sprawowania w nich kultu. A skoro taki był motyw, to do tworzenia ich dochodził jeszcze element nadprzyrodzony.

Wznoszono i zdobiono je jeszcze piękniej, wkładając w to więcej serca, niż gdyby to był tylko jakiś dwór nawet wielkiego władcy. Owszem – ci także pokazywali na co ich stać, ale ich budowle świadczyły o ich bogactwie i dostojeństwie, w przypadku świątyń zaś – Boga, a ten jako władca świata, ziemi i samego człowieka zasługiwał na najpiękniejsze wykonanie. Wykonawcy i inwestorzy liczyli, że swym dziełem staną się może bardziej godni bożego wejrzenia. A potem rzesze podziwiały piękno tych świątyń, które jednakże bardziej kojarzyły im się z wielkościa samego Boga, niż projektantów i wykonawców.

Ileż kościołów zdobi Europę… Niektóre z  nich są perełkami archotektonicznymi na światową skalę. Gdy pójdziemy do biura podróży i przejrzymy oferty wycieczek, to chyba w rzadko której z nich nie znajdzie sie zwiedzanie jakiejś świątyni. Bo czy można wyobrazić sobie np. wycieczkę do Paryża, która pomija w swym programie zwiedzenie katedry Notre Dame, czy Sacre Couer? Nie spominając już o Rzymie! Ale nawet taki polski Kraków – nie sposób ominąć kościoła Mariackiego, którego sława głównie bierze się od zawartego w nim unikatowego ołtarza.

To już takie bardzo mocne przykłady, w których wszystko jest zapięte na “ostatni guzik”, jak to się zwykło mówić. Ale przecież potrafi również zachwycić kościółek w jakiejś małem miecowości, zwykły drewniany, zdobiony przez prostych niewykształconych artystów. I gdyby oceniał te wykonania jakiś super znwca sztuki, to może nawet określiłby to wszystko mianem kiczu. Ale ludzie chętnie tam wchodzą wracając z pracy, by się pomodlić i mówią, że tam jest jakiś taki niepojęty klimat. Tak dobrze się tam czują.

I tu chyba dochodzimy do tego, co w świątyni jest najważniejsze. Jest ona przepełniona Bożą obecnością.

To trudne do wytłumaczenia, tym bardziej, że to “coś” jest odczuwalne nawet przez ludzi, którzy deklarują się jako niewierzący.

Tylko jest też coś smutnego. Dzisiejszy człowiek w swym zagonieniu i zagubieniu często sam już nie wie, co jest w życiu ważne, a co stanowi tylko dodatek. Wiara staje się płytka, proces laicyzacji postępuje zatacza szerokie kręgi wśród młodziży, która coraz częściej nastawiona jest na hedonistyczne przyjmowanie życia. I te piękne kościoły stają się w dużej mierze muzeami. Mało kto się tam modli, aby je zobaczyć, coraz częściej trzeba zapłacić za tzw. bilet wstępu.

Konfesjonały zamieniły się na schowki, w których przechowuje się narzedzia do sprzątania… Przykre to… Na szczeście w Polsce wyśmiewanej często za swe zacofanie religijne, mimo i tak szybkiego “postępu” i wycofywania się z “zacofania związanego z wiarą” (tak się czasem to nazywa), jeszcze nie jest tak źle. Najbardziej widoczne jest to w niektórych krajach Zachodu.

No cóż… Nie tak dawno, właściwie jeszcze do dziś, europejscy misjonarze nieśli zarzewie wiary do Afryki. I Afryka zapala się wiarą. Jeszcze trochę i misjonarze z Afryki przyjdą nawracać neopogańskich Europejczyków.

Noc

Co powoduje ludźmi, że wznoszą świątynie?

eR.

 

Otwarte granice… luty 5, 2008

Zaszufladkowany do: Rafael — rafallk @ 11:24
Właśnie dziś miałem się okazję o tym przekonać…

Ale po kolei. Mamy ferie. Trochę więcej wolnego czasu. Postanowiliśmy z żoną wykorzystać ten czas. Wyjechaliśmy do mojej mamy w poprzednią niedzielę… Mieliśmy być do piątku. Ale jako, że żyć beze mnie w pracy nie mogą, już w poniedziałek rano był telefon, że środy beze mnie nie przeżyją. Ponieważ tak się sprawy miały, że nawet opłacalne wydawało mi się wrócić na tę środę i dalej dołączyć do rodzinki, więc tak zrobiłem. Pojechałem do domu we wtorek, by w środę od rana być dyspozycyjny. Jakoś w środę okazało się, że tak właściewie, to w piątek też jestem potrzebny i to nie o 17, jak to miało być początkowo, lecz o 7 rano. Piątkowy powrót więc nie wchodził w grę. Albo wracać w czwartek, albo może ja tu zostanę do niedzieli (bo w sobotę  i niedzielę, też nie mogą żyć beze mnie).
No więc dzwonię do żony – mówię, jak jest – nie była zby zadowolona, ale mówi, że rzeczywiście nie ma sensu wracać. To oni tam z dziećmi poczekają, a ja obsłużę wszystko, co potrzeba i przyjadę w niedzielę w nocy. I co? byłoby to zbyt proste. Oczywiście we wtorek też mnie potrzebowali, i w środę.. Więc wersja obecna jest, że jadę w środę wieczorem, w piątek u mamy i na piątek wieczór musze tu być…

Oby się tylko nie okazało, że czwartek też odpada… Bo normalnie zapomnę, jak wygląda rodzina… A dzieci, jak mnie zobaczą, powiedzą: mamo – jakiś pan do Ciebie!

No i pracy nawet nie mam tak wiele. Mogę dużo trenować fotografię… Ale ileż można… Postanowiłem dziś zaszaleć… Postanowiliśmy z kolego jechać do Niemiec porobić jakieś zdjęcia. W końcu granic nie ma. I pojechaliśmy, ale… kolega nie wziął żanych dokumentów. A tuż za granicą HALT – policja niemiecka. Kontrola. Ja wszystko miałem w porządku. Ale kolega nie miał żadnych dokumentów i tu już był problem. Dobrze, że go nie deportowali.. <hahaha> Gadali coś po niemiecku. Ja niw ząb. Zrozumiałem tylko kilka słów. Wynikało z nich, że mamy wracać. I jeszcze mandaten i euro. Była jakaś końcówka 5, ale nie wiem, ile na początku. Na dobrą sprawę, to nawet nie wiem, czy dostał ten mandat, czy to była tylko informacja. Poczekamy, zobaczymy… To nam się udały plenery.
Mówcie, co chcecie… Fotografia nie jest wcale taka tania. :)


 

 

Nic nie dzieje się przypadkiem luty 2, 2008

Zaszufladkowany do: Rafael — rafallk @ 10:20
Tags: , , , , ,
   Czasem się nam wydaje, że nasze życie, to splot przypadków. Układają sie one w jakąś trudną do zrozumienia całość. Czasem bardzo chaotyczną i trudną do znalezienia jakiegoś wspólnego mianownika – jakiegoś sensu tego wszystkiego. Chwile, które tutaj opisuję, wydawać by się mogło, że zaczynają się układać w jakąś całość, że zaczyna się wszystko klarować i pasować do siebie, aż tu nagle pewnego dnia dzieje się coś, co wywraca nasz porządek życia.
   Przeglądając tutejsze blogi, na wielu z nich (o ile nie na każdym) dostrzegłem opisywane takie właśnie wydarzenia. Dziękuję wszystkim odwiedzającym, a szczególnie tym, którzy dali znak swej obecności tutaj swym komentarzem. Nawet nie wiedziałem, że to jednak jest tak ważne dla piszącego.
   Czuję potrzebę wyrażania siebie w tej chwili, tego, co czuję, co myślę.. Ale skoro dla lepszego zrozumienia mnie “teraz”, postanowiłem sięgnąć i przedstawić siebie z wcześniejszych lat, powracam zatem do przerwanego wątku.
   Skąd czerpię tę wiedzę? Aż takiej pamięci nie mam, by wiedzieć, co i jak wtedy myślałem. Korzystam z notatek, które wtedy sporządziłem. Mam je w zeszycie, który został opatrzony napisem: Bardzo proszę nie czytać tego zeszytu, gdyż zawiera on sekrety duszy. Jesteście więc wyróżnieni, mając do niego wgląd, oczywiście za moim przyzwoleniem.

   “Zatem powodowany głosem, który mnie wzywał: “Pójdź za Mną”, po cudzie, który przydarzył mi się na maturze, złożyłem dokumenty w sekretariacie powołań, co było kropką nad “i”, podpisem pod dokumentem, który potwierdza jego ważność. Skoro tak, więc trzeba czynić starania, przygotować się do nowicjatu, a jeszcze wcześniej do prenowicjatu. Dokumenty zawiozłem  osobiście. Nie zastałem zbyt wielu ojców. Wreszcie furtianowi udało się jednego z nich przywołać. Jemu to zostawiłem dokumenty i obiecał przekazać je odpowiedzialnemu za te sprawy ojcu, skoro tylko wróci. Tak też uczynił, ponieważ niebawem otrzymałem wiadomość na temat dowicjatu i prenowicjatu oraz informację, że zostałem przyjęty.
   Ojciec katecheta w IV klasie NSD podał trzy rady, które – jak mówił – dobrze jest spełnić, aby stawać się prawdziwie świętym zakonnikiem..”  

Chcecie wiedzieć jakie? Zapraszam Was tu ponownie. :)    A co do przypadków w życiu, to przekonałem się, że nie ma ich. Wszystko do czegoś prowadzi.. Kiedyś okaże się do czego. Ale ten temat także rozwinę w późniejszym czasie. Zapraszam.