..tak wtedy myślałem.. i pisałem. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje dzisiejsze poglądy diametralnie różnią się od tamtych.. Nie. Ale dostrzegam sporą różnicę w formułowaniu myśli. 13 lat.. Czy to dużo? Sporo.. Dziś patrze inaczej na życie. A wtedy – 1 sierpnia 1994 pisałem tak:
Jak do tego doszło? Otóż tego roku, kiedy kończyłem szkołę podstawową, parafialne rekolekcje prowadził właśnie misjonarz. Opowiedział o NSD i oznajmił, że bliższych informacji udzieli ewentualnym zainteresowanym. Takim zainteresowanym okazałem się ja i tak poznałem misjonarzy. Korespondowałem z nim, zaprosił mnie do siebie i w ten sposób poznałem to zgromadzenie i zwiedziłem szkołę..
tam przeżyłem najpiękniejszy wiek w życiu człowieka! Rozwinąłem wiele nadobowiązkowych dziedzin, np., muzyka, kosztem obowiązkowych – nauka..
Kryzys w nauce przerodził się niebawem w kryzys ogólny. Na wychodzenie z niego miałem cały następny rok. Lecz każdy kryzys ma to do siebie, że po przezywciężeniu go, człowiek staje się nieco bardziej odporny, wznosi się nieco wyżej. Może to brzmi absurdalnie, ale przez kryzys zostaje człowiek umocniony. Nie wiem, czy jest to zasada i czy mnie rzeczywiście tak mocno pomógł, bynajmniej nie załamałem się i gdybym mógł zmienić fakty, to najchętniej bym go uniknął.
Bóg jednak wie, jak jest dla mnie najlepiej i tak ustawił wydarzenia, aby moje losy potoczyły się dla mnie korzystnie, bo były korzystne. Postanowiłem wstąpić do zakonu, a Bóg, niejako w zamian – sam Bóg – pomógł mi zdać maturę, niezbędny szczebel na drodze do nowicjatu. Nie byłem jakiś tępy, wręcz przeciwnie, ale nagromadziło mi się sporo zaległości, które pociągały za sobą następne . To, że musiałem powtórzyć IV klasę, choć wydaje się bardzo głupie i wręcz absurdalne, było jednak bardzo korzystne dla mego życia. Kończąc tę szkołę zgodnie z planem, nie spotkałbym ojca katechety, człowieka o bardzo głębokiej duchowości i wierze, który swoimi bezpośrednimi, prostymi i konkretnymi katechezami ubogacał glebę naszego, a więc także mojego życia. Z wielu rzeczy, które dla nas zrobił, które nam wpoił, nie zdajemy sobie nawet sprawy, jednak jestem przekonany, że ziarna te nie będą bezowocne i wydadzą plon w późniejszym czasie. Wydawać by się mogło, że to duża strata. Może to i prawda, ale czymże jest jeden rok wobec wieczności? Jaką korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Nie ma więc czego żałować, lecz raczej powiedzieć, że dobrze się stało, bo Bóg najlepiej wie, czego nam potrzeba. Wystarczy mu tylko zaufać.”
Ileż było w życiu tych okazji do zaufania – niestety – nie wykorzystanych. Ileż było odwracania się do Niego plecami. No może nie plecami, ale patrzenia ukradkiem, jakby Go nie było, jakby się Go nie zauważało.. I życie po swojemu.. Próby powstawania i znów upadanie, szamotanie się, szukanie szczęścia.. Nieraz na oślep.. I znajdowanie czegoś wrecz odwrotnego, niż to, czego się szukało.. Ale nie uprzedzajmy faktów. Do tego pewnie jeszcze dojdziemy.
Cieszę się, że dziś – na początku istnienia tego bloga – znalazło się kilka osób, które go przeczytały. Nawet się tego nie spodziewałem. Za ten pierwszy komentarz także bardzo dziękuję. Dodaje mi to poczucia, że warto pisać..
Zastanawiałem się jaką formę wybrać, miałem nawet Was o to zapytać, ale już postanowiłem. Zanim dojdę do współczesności, minie sporo czasu i wiele liter się pojawi. Wiele zdań..
Wiem, że dzisiejszy odbiorca oczekuje szybkiej akcji. Nie zamierzam jej jednak przyśpieszać, choć mógłbym. Jeśli coś Wam się spodoba, czy wyciągniecie z tego coś dla siebie, to dobrze, jeśli nie, to trudno. Będę to pisał dalej, choćby dla siebie samego. Niejednokrotnie zadam pewnie jakieś pytanie (wtedy byście się bardzo przydali), może odpowiem na jakieś wątpliwości zawarte w komentarzach.. Może..










