Moje wędrowanie…

Każdy może tu w kulturalnych słowach napisać coś o sobie..

Nie sprzedam panu węgla! Luty 25, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 11:53

Jakże dziwnych rzeczy można doświadczyć w naszej Ojczyźnie. Wprawdzie czasy, w których było to normalnością już niby dawno minęły, jednak przyzwyczajenia wciąż pozostały. I pewnie będą trwały jeszcze długo… Odejdą wraz z tymi, którzy pamiętają miniony system.

Pamiętam jeszcze kolejki „po wszystko”, choć często okazywało się, że „po nic”, bo towar się zawsze przecież mógł szybko skończyć. Znane są też pytania, które jeszcze czasem powtarzane są na zasadzie dowcipów, typu: – Panie, a za czym za kolejka? – A nie wiem… Wszyscy stoją, to i ja stanąłem. Na szczęście czasy czasy te już minęły. Ja mówię ” na szczęście”, inni pewnie powiedzą „szkoda”. Wystarczy mieć pieniądze i właściwie wszystko można kupić. Czy oby na pewno?Kilka dni temu byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia. Kolega poprosił mnie, bym mu przywiózł worek węgla, bo im się skończył. Firma nie zapewnia transportu tak małych ilości, więc trzeba było zorganizować to we własnym zakresie. No dobrze. Jedziemy. Gdy dotarliśmy na miejsce ogromnych stert tego cennego opału, zastaliśmy pracownika w koparce, w której zręcznie się kręcił, niczym na karuzeli. Po pewnym czasie spostrzegł, że ktoś raczył pojawić się na jego „placu zabaw”, więc przerwał na chwilę swoje wirowanie i zapytał coś w stylu: -Czego? No to kolega, przedstawił mu swoje marzenie zakupu u niego węgla. Stałem nieopodal, ale warkot koparki nieco zagłuszał ich rozmowę. Machał rękami, kręcił głową, że nie. Nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Dopiero, gdy zdenerwowany kolega odszedł od niego, opowiedział mi, o co chodziło temu panu i jakie racje przedstawił.

Mianowicie oznajmił, że nie sprzeda węgla, bo wybierzemy sobie same bryłki, tzn. bez miału. No przecież właśnie to było w założeniu! Chcieliśmy kupić węgiel, a nie miał, czy jakąś mieszankę jednego w drugim. Przecież tzw. miał węglowy jest sprzedawany oddzielnie i ma sporo niższą cenę! Dlaczego mam więc płacić za dobry jakościowo węgiel, a spotykać się z pretensjami, że nie ładuję sobie tańszego miału? Ba! Ale kto tu mówi o jakichś pretensjach! My nie mieliśmy nawet szansy słysząc NIE SPRZEDAM!

Zacząłem się więc tak zastanawiać, czy ten sprzedawca miał prawo tak nas potraktować? Oczywiście, że w czasach prywatyzacji, itd. Jego punkt, jego węgiel… Zrozumiałe. Ale czy nie stać go było choć na jakieś lepsze tłumaczenie? Np. nie sprzedam Panu, bo chodzi Pan w dżinsach, albo źle Panu z oczu patrzy? A on tak po prostu bezceremonialnie, parafrazując nieco: Nie sprzedam, bo Pan chce to, za co płaci, a nie ten tańszy produkt, tak, żeby mnie więcej zostało! Który my właściwie mamy rok?

Zdenerwowałem się. Gdybym słyszał całą rozmowę na bieżąco, pewnie któreś z zamieszczonych tu pytań, albo jeszcze jakieś bardziej kłopotliwe padło by w stronę usłużnego sprzedawcy. Może idobrze, że dopiero w samochodzie dowiedziałem się o szczegółach.

Powiedziałem koledze, że pojedziemy do innego punktu, choćby do kopalni, a ‘chamowi” nie damy zarobić! Najbliższy podobny punkt sprzedaży jest oddalony o 17 km i należy do tego samego właściciela. Przypomniała nam się jednak reklama puntu sprzedaży węgla brunatnego i różnych brykietów. Napiszę tylko w skrócie, że skorzystaliśmy z tego rozwiązania. Mieliśmy samochód, było to możliwe. Ale pomyślmy, co by było, gdyby do tego pana przyszła jakaś „babcia” chcąc kupić tylko trochę opału, bo na więcej nie starczyło. No bo leki drogie, a rencina malutka. Na pół tony nie stać… A zimno jeszcze bardziej, niż za młodych lat! Czy też tak by ją potraktował? Pewnie tak. Oj świecie!

W drodze po ten węgiel drzewny kolega opowiedział mi jeszcze bardzo wymowną i pasującą do całości opowiadania historię, jak to jego znajomy pewnego razu kupował węgiel. I to wcale nie worek, lecz dwie tony. Oczywiście usłużna firma przy takich ilościach zapewnia bezpłatny transport. Tak było i tym razem. Znajomy przychodzi do domu. Żona – Kochanie, przywieźli węgiel. Ten patrzy i jakoś mu się zdaje, że jak na dwie tony, to jakoś tego za mało! Zadzwonił do innej firmy, wynajął samochód z przyczepą, załadował wszystko przy świadkach i pojechał z tym do tej firmy z opałem w celu zważenia. Brakowało bagatela jakieś 500 kg! Nawet mimo umorusanych węglem policzków przestępcy dało się zobaczyć zaczerwienienie. Ale nie stracił inicjatywy. Szybka zaproponował łapówkę w postaci dwóch ton węgla w zamian za uciszenie sprawy. Sprawa faktycznie została uciszona. Ów znajomy miał dwa razy więcej węgla. Nie łudziłbym się, że ten oszust oddał to ze swojej kieszeni. Z pewnością tę jego „wpadkę” okupili inni nabywcy, którzy nie mieli w sobie tyle inicjatywy, by jeździć z węglem na ponowne ważenie.

W punkcie z węglem brunatnym zostaliśmy obsłużeni jak przystało na cywilizowane czasy. Rady, informacje, dziękuję, zapraszam… Ale niesmak po pierwszym kupowaniu czuję do dziś

Sprawa nie dotknęła mnie osobiście i jakoś nie mam zbytnio ochoty się denerwować ponownie, ale coś mnie w tym niepokoi. Może ktoś zna więcej przepisów prawnych itp. Czy ten sprzedawca miał prawo odmówić nam sprzedaży z takim tłumaczeniem? Jeśli coś komuś się nasunie, to bardzo proszę napisać mi w komentarzu.

Przyszedł mi jeszcze pomysł, żeby wysłać po węgiel Pana Janusza Waisa (Weisa) – dziennikarza Radia ZET, który słynie z dociekania racji w takich bardzo nietypowych sprawach. Ciekawe, czy jemu by sprzedał…

eR.

 

Co powoduje ludźmi, że wznoszą świątynie? Luty 13, 2008

Noc

Na przestrzeni wieków powstała niezliczona ilość świątyń. Te najbardziej przez nas znane to tzw. kościoły, czy nieco rzadsze na tych terenach cerkwie. Ogromne nakłady pracy i finansów nie zniechęcały budowniczych.

Przecież nie chodziło tylko o wzniesienie sobie pomnika. Chodziło o coś znacznie więcej. Element duchowy odgrywał tu zasadnicze znaczenie. Świątynie wznoszone były dla Boga – dla sprawowania w nich kultu. A skoro taki był motyw, to do tworzenia ich dochodził jeszcze element nadprzyrodzony.

Wznoszono i zdobiono je jeszcze piękniej, wkładając w to więcej serca, niż gdyby to był tylko jakiś dwór nawet wielkiego władcy. Owszem – ci także pokazywali na co ich stać, ale ich budowle świadczyły o ich bogactwie i dostojeństwie, w przypadku świątyń zaś – Boga, a ten jako władca świata, ziemi i samego człowieka zasługiwał na najpiękniejsze wykonanie. Wykonawcy i inwestorzy liczyli, że swym dziełem staną się może bardziej godni bożego wejrzenia. A potem rzesze podziwiały piękno tych świątyń, które jednakże bardziej kojarzyły im się z wielkościa samego Boga, niż projektantów i wykonawców.

Ileż kościołów zdobi Europę… Niektóre z  nich są perełkami archotektonicznymi na światową skalę. Gdy pójdziemy do biura podróży i przejrzymy oferty wycieczek, to chyba w rzadko której z nich nie znajdzie sie zwiedzanie jakiejś świątyni. Bo czy można wyobrazić sobie np. wycieczkę do Paryża, która pomija w swym programie zwiedzenie katedry Notre Dame, czy Sacre Couer? Nie spominając już o Rzymie! Ale nawet taki polski Kraków – nie sposób ominąć kościoła Mariackiego, którego sława głównie bierze się od zawartego w nim unikatowego ołtarza.

To już takie bardzo mocne przykłady, w których wszystko jest zapięte na „ostatni guzik”, jak to się zwykło mówić. Ale przecież potrafi również zachwycić kościółek w jakiejś małem miecowości, zwykły drewniany, zdobiony przez prostych niewykształconych artystów. I gdyby oceniał te wykonania jakiś super znwca sztuki, to może nawet określiłby to wszystko mianem kiczu. Ale ludzie chętnie tam wchodzą wracając z pracy, by się pomodlić i mówią, że tam jest jakiś taki niepojęty klimat. Tak dobrze się tam czują.

I tu chyba dochodzimy do tego, co w świątyni jest najważniejsze. Jest ona przepełniona Bożą obecnością.

To trudne do wytłumaczenia, tym bardziej, że to „coś” jest odczuwalne nawet przez ludzi, którzy deklarują się jako niewierzący.

Tylko jest też coś smutnego. Dzisiejszy człowiek w swym zagonieniu i zagubieniu często sam już nie wie, co jest w życiu ważne, a co stanowi tylko dodatek. Wiara staje się płytka, proces laicyzacji postępuje zatacza szerokie kręgi wśród młodziży, która coraz częściej nastawiona jest na hedonistyczne przyjmowanie życia. I te piękne kościoły stają się w dużej mierze muzeami. Mało kto się tam modli, aby je zobaczyć, coraz częściej trzeba zapłacić za tzw. bilet wstępu.

Konfesjonały zamieniły się na schowki, w których przechowuje się narzedzia do sprzątania… Przykre to… Na szczeście w Polsce wyśmiewanej często za swe zacofanie religijne, mimo i tak szybkiego „postępu” i wycofywania się z „zacofania związanego z wiarą” (tak się czasem to nazywa), jeszcze nie jest tak źle. Najbardziej widoczne jest to w niektórych krajach Zachodu.

No cóż… Nie tak dawno, właściwie jeszcze do dziś, europejscy misjonarze nieśli zarzewie wiary do Afryki. I Afryka zapala się wiarą. Jeszcze trochę i misjonarze z Afryki przyjdą nawracać neopogańskich Europejczyków.

Noc

Co powoduje ludźmi, że wznoszą świątynie?

eR.

 

Otwarte granice… Luty 5, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 11:24
Właśnie dziś miałem się okazję o tym przekonać…

Ale po kolei. Mamy ferie. Trochę więcej wolnego czasu. Postanowiliśmy z żoną wykorzystać ten czas. Wyjechaliśmy do mojej mamy w poprzednią niedzielę… Mieliśmy być do piątku. Ale jako, że żyć beze mnie w pracy nie mogą, już w poniedziałek rano był telefon, że środy beze mnie nie przeżyją. Ponieważ tak się sprawy miały, że nawet opłacalne wydawało mi się wrócić na tę środę i dalej dołączyć do rodzinki, więc tak zrobiłem. Pojechałem do domu we wtorek, by w środę od rana być dyspozycyjny. Jakoś w środę okazało się, że tak właściewie, to w piątek też jestem potrzebny i to nie o 17, jak to miało być początkowo, lecz o 7 rano. Piątkowy powrót więc nie wchodził w grę. Albo wracać w czwartek, albo może ja tu zostanę do niedzieli (bo w sobotę  i niedzielę, też nie mogą żyć beze mnie).
No więc dzwonię do żony – mówię, jak jest – nie była zby zadowolona, ale mówi, że rzeczywiście nie ma sensu wracać. To oni tam z dziećmi poczekają, a ja obsłużę wszystko, co potrzeba i przyjadę w niedzielę w nocy. I co? byłoby to zbyt proste. Oczywiście we wtorek też mnie potrzebowali, i w środę.. Więc wersja obecna jest, że jadę w środę wieczorem, w piątek u mamy i na piątek wieczór musze tu być…

Oby się tylko nie okazało, że czwartek też odpada… Bo normalnie zapomnę, jak wygląda rodzina… A dzieci, jak mnie zobaczą, powiedzą: mamo – jakiś pan do Ciebie!

No i pracy nawet nie mam tak wiele. Mogę dużo trenować fotografię… Ale ileż można… Postanowiłem dziś zaszaleć… Postanowiliśmy z kolego jechać do Niemiec porobić jakieś zdjęcia. W końcu granic nie ma. I pojechaliśmy, ale… kolega nie wziął żanych dokumentów. A tuż za granicą HALT – policja niemiecka. Kontrola. Ja wszystko miałem w porządku. Ale kolega nie miał żadnych dokumentów i tu już był problem. Dobrze, że go nie deportowali.. <hahaha> Gadali coś po niemiecku. Ja niw ząb. Zrozumiałem tylko kilka słów. Wynikało z nich, że mamy wracać. I jeszcze mandaten i euro. Była jakaś końcówka 5, ale nie wiem, ile na początku. Na dobrą sprawę, to nawet nie wiem, czy dostał ten mandat, czy to była tylko informacja. Poczekamy, zobaczymy… To nam się udały plenery.
Mówcie, co chcecie… Fotografia nie jest wcale taka tania. :)


 

 

Nic nie dzieje się przypadkiem Luty 2, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 10:20
Tags: , , , , ,
   Czasem się nam wydaje, że nasze życie, to splot przypadków. Układają sie one w jakąś trudną do zrozumienia całość. Czasem bardzo chaotyczną i trudną do znalezienia jakiegoś wspólnego mianownika – jakiegoś sensu tego wszystkiego. Chwile, które tutaj opisuję, wydawać by się mogło, że zaczynają się układać w jakąś całość, że zaczyna się wszystko klarować i pasować do siebie, aż tu nagle pewnego dnia dzieje się coś, co wywraca nasz porządek życia.
   Przeglądając tutejsze blogi, na wielu z nich (o ile nie na każdym) dostrzegłem opisywane takie właśnie wydarzenia. Dziękuję wszystkim odwiedzającym, a szczególnie tym, którzy dali znak swej obecności tutaj swym komentarzem. Nawet nie wiedziałem, że to jednak jest tak ważne dla piszącego.
   Czuję potrzebę wyrażania siebie w tej chwili, tego, co czuję, co myślę.. Ale skoro dla lepszego zrozumienia mnie „teraz”, postanowiłem sięgnąć i przedstawić siebie z wcześniejszych lat, powracam zatem do przerwanego wątku.
   Skąd czerpię tę wiedzę? Aż takiej pamięci nie mam, by wiedzieć, co i jak wtedy myślałem. Korzystam z notatek, które wtedy sporządziłem. Mam je w zeszycie, który został opatrzony napisem: Bardzo proszę nie czytać tego zeszytu, gdyż zawiera on sekrety duszy. Jesteście więc wyróżnieni, mając do niego wgląd, oczywiście za moim przyzwoleniem.

   „Zatem powodowany głosem, który mnie wzywał: „Pójdź za Mną”, po cudzie, który przydarzył mi się na maturze, złożyłem dokumenty w sekretariacie powołań, co było kropką nad „i”, podpisem pod dokumentem, który potwierdza jego ważność. Skoro tak, więc trzeba czynić starania, przygotować się do nowicjatu, a jeszcze wcześniej do prenowicjatu. Dokumenty zawiozłem  osobiście. Nie zastałem zbyt wielu ojców. Wreszcie furtianowi udało się jednego z nich przywołać. Jemu to zostawiłem dokumenty i obiecał przekazać je odpowiedzialnemu za te sprawy ojcu, skoro tylko wróci. Tak też uczynił, ponieważ niebawem otrzymałem wiadomość na temat dowicjatu i prenowicjatu oraz informację, że zostałem przyjęty.
   Ojciec katecheta w IV klasie NSD podał trzy rady, które – jak mówił – dobrze jest spełnić, aby stawać się prawdziwie świętym zakonnikiem..”  

Chcecie wiedzieć jakie? Zapraszam Was tu ponownie. :)    A co do przypadków w życiu, to przekonałem się, że nie ma ich. Wszystko do czegoś prowadzi.. Kiedyś okaże się do czego. Ale ten temat także rozwinę w późniejszym czasie. Zapraszam.

 

Tak to się zaczęło… Styczeń 27, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 4:58
Tags: , , , , ,

   ..tak wtedy myślałem.. i pisałem. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje dzisiejsze poglądy diametralnie różnią się od tamtych.. Nie. Ale dostrzegam sporą różnicę w formułowaniu myśli. 13 lat.. Czy to dużo? Sporo.. Dziś patrze inaczej na życie. A wtedy – 1 sierpnia 1994 pisałem tak:

„Podjąłem ryzyko bycia zakonnikiem. Ryzyko, a właściewie szansę. Wreszcie nadeszły te dni, kiedy staję coraz bliżej rzeczywistości, o której myśłałem juz jako dziecko. Jeśli sięgam pamięcią do dzieciństwa, pamiętam, że czarny szlafrok mojej mamy znalazł nowe zastosowanie – jako sutanna. A więc już wtedy zdradzałem żywe zainteresowanie tą przyszłością. Uczyniwszy raz wybór, już zawsze wybierać muszę. Moje wybieranie polegało na tym, że po szkole podstawowej poszedłem do Niższego Seminariu Duchownego … (pewnego zgromadzenia zakonnego), gdzie przygotowałem się i zdałem maturę. Lecz jeszcze na początku VIII klasy szkołty podstawowej nie wiedziałem, że maturę będę zdawał w NSD, choć o kapłaństwie wciąż wewnętrznie myślałem i przygotowywałem się do pójścia do LO. I tak by sie pewnie stało, gdyby nie pewne wydarzenie, a było nim właśnie poznanie zgromadzenia. (…)
Jak do tego doszło? Otóż tego roku, kiedy kończyłem szkołę podstawową, parafialne rekolekcje prowadził właśnie misjonarz. Opowiedział o NSD i oznajmił, że bliższych informacji udzieli ewentualnym zainteresowanym. Takim zainteresowanym okazałem się ja i tak poznałem misjonarzy. Korespondowałem z nim, zaprosił mnie do siebie i w ten sposób poznałem to zgromadzenie i zwiedziłem szkołę..
tam przeżyłem najpiękniejszy wiek w życiu człowieka! Rozwinąłem wiele nadobowiązkowych dziedzin, np., muzyka, kosztem obowiązkowych – nauka..

Kryzys w nauce przerodził się niebawem w kryzys ogólny. Na wychodzenie z niego miałem cały następny rok. Lecz każdy kryzys ma to do siebie, że po przezywciężeniu go, człowiek staje się nieco bardziej odporny, wznosi się nieco wyżej. Może to brzmi absurdalnie, ale przez kryzys zostaje człowiek umocniony. Nie wiem, czy jest to zasada i czy mnie rzeczywiście tak mocno pomógł, bynajmniej nie załamałem się i gdybym mógł zmienić fakty, to najchętniej bym go uniknął.
Bóg jednak wie, jak jest dla mnie najlepiej i tak ustawił wydarzenia, aby moje losy potoczyły się dla mnie korzystnie, bo były korzystne. Postanowiłem wstąpić do zakonu, a Bóg, niejako w zamian – sam Bóg – pomógł mi zdać maturę, niezbędny szczebel na drodze do nowicjatu. Nie byłem jakiś tępy, wręcz przeciwnie, ale nagromadziło mi się sporo zaległości, które pociągały za sobą następne . To, że musiałem powtórzyć IV klasę, choć wydaje się bardzo głupie i wręcz absurdalne, było jednak bardzo korzystne dla mego życia. Kończąc tę szkołę zgodnie z planem, nie spotkałbym ojca katechety, człowieka o bardzo głębokiej duchowości i wierze, który swoimi bezpośrednimi, prostymi i konkretnymi katechezami ubogacał glebę naszego, a więc także mojego życia. Z wielu rzeczy, które dla nas zrobił, które nam wpoił, nie zdajemy sobie nawet sprawy, jednak jestem przekonany, że ziarna te nie będą bezowocne i wydadzą plon w późniejszym czasie. Wydawać by się mogło, że to duża strata. Może to i prawda, ale czymże jest jeden rok wobec wieczności? Jaką korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Nie ma więc czego żałować, lecz raczej powiedzieć, że dobrze się stało, bo Bóg najlepiej wie, czego nam potrzeba. Wystarczy mu tylko zaufać.”

   Ileż było w życiu tych okazji do zaufania – niestety – nie wykorzystanych. Ileż było odwracania się do Niego plecami. No może nie plecami, ale patrzenia ukradkiem, jakby Go nie było, jakby się Go nie zauważało.. I życie po swojemu.. Próby powstawania i znów upadanie, szamotanie się, szukanie szczęścia.. Nieraz na oślep.. I znajdowanie czegoś wrecz odwrotnego, niż to, czego się szukało.. Ale nie uprzedzajmy faktów. Do tego pewnie jeszcze dojdziemy.

   Cieszę się, że dziś – na początku istnienia tego bloga – znalazło się kilka osób, które go przeczytały. Nawet się tego nie spodziewałem. Za ten pierwszy komentarz także bardzo dziękuję. Dodaje mi to poczucia, że warto pisać..

   Zastanawiałem się jaką formę wybrać, miałem nawet Was o to zapytać, ale już postanowiłem. Zanim dojdę do współczesności, minie sporo czasu i wiele liter się pojawi. Wiele zdań..
   Wiem, że dzisiejszy odbiorca oczekuje szybkiej akcji. Nie zamierzam jej jednak przyśpieszać, choć mógłbym. Jeśli coś Wam się spodoba, czy wyciągniecie z tego coś dla siebie, to dobrze, jeśli nie, to trudno. Będę to pisał dalej, choćby dla siebie samego. Niejednokrotnie zadam pewnie jakieś pytanie (wtedy byście się bardzo przydali), może odpowiem na jakieś wątpliwości zawarte w komentarzach.. Może..

 

Szukałem i znalazłem… Styczeń 26, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 8:05

… ale to szukanie było długie i miejscami burzliwe.Zanim przejdę do teraźniejszości, postaram się przybliżyć nieco moją przeszłość.. Nie będzie tu wielu konkretów i sposobów na określenie, kim jestem teraz. Nie chcę tego.. Nie dlatego, aby wstydzić się swej przeszłości. Raczej dlatego, aby ustrzec niektórych, których teraz spotykam na codzień od zbędnych domysłów, komentarzy, może nawet osądów. Spotkałem się niejednokrotnie z ludzkim plotkarstwem, które coś, czego się nie wie, potrafi zmienić na cokolwiek, byle wg jej twórców pasowało do całości.. Byleby była jakaś sensacja! I choć zbytnio nigdy na to nie zwracałem uwagi, to jednak chcę im tego (i sobie w pewnym stopniu również) oszczędzić. Dlatego będę tu występował anonimowo.

Sam jeszcze nie wiem dokładnie, co z tego wyjdzie.. Czy nie zaprzestanę po kilku wpisach.. To zależy od wielu czynników.

Ale po kolei. Jestem człowiekiem żyjącym w drodze – tak napisałem.. Właściwie, to byłem, bo teraz się troche ustabilizowałem.. Mam rodzinę, żonę i troje dzieci. :)

Tymczasem 13 lat temu podjąłem decyzję zostania księdzem.. Jak to było? Jesteście ciekawi? Wstąpcie tu czasem, a zobaczycie!

 

Wybór należy do Ciebie! Styczeń 22, 2008

Filed under: Bez kategorii — rafallk @ 6:56
 

Nic beze mnie uczynić nie możecie… Styczeń 22, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 9:21

Ponieważ, jak napisałem w którymś z poprzednich postów, fotografia jest moją pasją, to myślę, że nawet jeśli będę pisał o czymś innym, nie związanym bezpośrednio z tym tematem, będę to przeplatał wstawiając moje zdjęcia. Nie będzie to bynajmniej na zasadzie ilustrowania tekstu.

Kiedyś kupiłem sobie tzw. brewiarz. Wprawdzie w wydaniu jednotomowym, ale nie odbiega treścią od tego pełnego czterotomowego wydania. Główną różnicą jest brak tzw. Godziny czytań. Dla niezorientowanych, piszę teraz o takim rodzaju modlitwy, którą codziennie odmawiają kapłani. NAzywa się to „Liturgiczna Modlitwa Godzin”. Wielu świeckich modli się w ten sposób, ale wielu także zupełnie nie ma pojęcia, o co w tym chodzi. Jakoś tak się potoczyły moje losy, że z tym rodzajem modlitwy miałem okazję zapoznać się dość blisko, zakosztować w niej. A później zwyczajnie zapomnieć. Po zakupieniu tej pokaźnej księgi, po pewnym, nawet dość krótkim czasie, trafiła na półkę, gdzie stała do wczoraj.

Już od pewnego czasu miałem takie jakieś natchnienia, by po nią sięgnąć, aż w końcu udało mi się to dopiero wczoraj. Tak sobie pomyślałem, że przecież nie można żyć bez modlitwy, nie można żyć, jakby Boga nie było. Zawsze byłem przekonany, że została mi dana łaska wiary i to dość obficie, a przecież komu wiele dano, od tego też wiele wymagać się będzie. I jeszcze jeden fragment – „Nic beze mnie uczynić nie możecie”. To ostatnie tak właściwie odnośnie wczorajszych moich planów na przyszłość odnośnie fotografii. Mógłbym się nawet zauczyć, zastarać na śmierć, a i tak nic z tego nie będzie, jeśli nie poproszę Boga o pomoc i On nie pobłogosławi mym staraniom. Już przecież stara mądrość ludowego przysłowia mówi: Bez Boga ani do proga.

Teraz to może tak wyglądać, jakbym przeliczył straty i zyski i po przejrzeniu tego bilansu zdecydował – jednak warto żyć z Bogiem, a już jakiekolwiek z Nim zadzieranie jest zupełnie nieopłacalne. Nie. Zupełnie nie o to mi chodzi. Gdzieś w sercu na dnie mam bardzo dużo miłości do Boga. Nie będę udawał, że teraz jest z tym u mnie tak do końca poprawnie. Modlitwa kuleje. Wymówki braku czasu i inne. Wszystkie te wymówki nie mają przecież jakiegoś zasadniczego znaczenia. Już prędzej w grę wchodzi lenistwo.

 

Wyciągnąłem więc tę księgę, zrobiłem z niej użytek i myślę, że w najbliższym czasie niejednokrotnie zrobię ponownie.

 

Nowe pomysły twórcze na przyszłość Styczeń 21, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 6:47

Tak sobie myślałem i myślałem i wymyśliłem coś, czym się chcę tu teraz napisać. Sami pewnie zauważyliście, że fotografia zajmuje sporo miejsca w moim życiu. A skoro tak jest, to przecież nie powinno się stać w miejscu, tylko rozwijać umiejętności, techniki, itd. I myślę, że tak się dzieje. Sporo czasu spędzam przed komputerem, dowiaduję się różnych nowości. Aby daleko nie sięgać, ostatnie poszukiwania minionego tygodnia także obfitowały w różne odkrycia. Coś, co niby od dawna się wiedziało, jednak teraz podane przez kogoś w nowym ujęciu spowodowało, że moje spojrzenie na pewne sprawy jeszcze bardziej się zmieniło, stało się jeszcze bardziej dojrzałe.

Mam tu na myśli, iż uświadomiłem sobie, jak wielką rolę w fotografii odgrywa światło. O tym, że bez światła nie ma fotografii, wie każdy. Samo słowo fotografia składa się ze zbitki greckich photo + graphein (pisze z pamięci i czuję, że jakoś niedokładnie napisałem te słowa!) oznacza rysowanie światłem. Mówiąc inaczej światło odbijające się od przedmiotów fotografowanych, przechodzi przez układ optyczny naszego aparatu i zostaje zarejestrowany przez materiał światłoczuły – czy to tradycyjna klisza, czy matryca i elektroniczne układy aparatu cyfrowego. To w wielkim uproszczeniu.

Wiemy jednak, że światło, które zastajemy w scenie, którą chcemy fotografować, nie zawsze spełnia nasze oczekiwania i nie zawsze jest wystarczające, aby nasze zdjęcie było udane. I tu pojawia się kolejny problem jak tę scenę „wzbogacić” w światło, które nas zadowoli i sprawi, że będziemy usatysfakcjonowani ze zdjęcia. I tu pojawia się cała nowa rzeczywistość gry ze światłem.

Dziedzian bardzo przeze mnie zaniedbana, bo ze względu na brak profesjonalnej lampy błyskowej, zazwyczaj zadowalałem się światłem zastanym, albo bardziej lub mniej delikatnie doświetlałem wbudowaną lampą mojego aparatu. Wiem, jakie to zubożenie i ile mych zdjęć z tego powodu jest nieudanych. Po ostatnich odkryciach z oświetleniem, utwierdziłem się w potrzebie zakupu porządnej lampy błyskowej, a to jest niestety spory wydatek, bo taka Nikonowa SB-800, to prawie 1300 zł, ale wg jej posiadaczy jest to rozwiązanie godne tych pieniędzy.

To tak na początek. Potem marzy mi się jeszcze urządzenie własnego studia fotograficznego. Kilka profesjonalnych stacjonarnych lamp błyskowych, jakieś stojaki, softboksy, ewentualnie parasolki, jakieś tła (choćby początkowo jednolite) z jakimś chociaż prostym systemem zawieszeń.

No a mając to wszystko, to aż się prosi, aby to czasem udostępnić komuś, któ by potrabował takiego oświetlenia do dobrych zdjęć, czy to z okazji ślubu, czy legitymacyjne, do dowodu, dyplomu itp. A że aż głupio tak wszystko robić za darmo, to żeby się nikt nie dziwił, to jeszcze byłby z tego jakiś pieniądz. Słowem – przyjemne z pożytecznym. Nasze małe miasteczko niestety nie może się jak do tej pory pochwalić takimi możliwościami, więc jest swoistego rodzaju luka, którą można zapełnić ku wdzięczności ludzi potrzebujących takich usług. I realizować własne hobby i zaineteresowania, a przy okazji komuś pomóc, ciągle doskonaląc swój warsztat. Nieźle to sobie wymyśliłem, no nie? Tak trzeba będzie zrobić…

Póki co, po tych wszystkich wydatkach mam jeszcze trochę długów. Niestety – szara rzeczywistość. Ale myślę, że przy odrobinie zacięcia, takie studyjko udałoby się skompletować przed wakacjami. :)

eR.

 

Dla odwiedzających Styczeń 13, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 8:36

Zauważyłem jednak pewien ruch na moim blogu. Przesyłam więc gorące pozdrowienia dla wszystkich odwiedzających.

eR.

 

Jakoś mi się przykro zrobiło.. Styczeń 12, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 1:50

Nie jest tajemnicą, że zajmuję się muzyką. I właśnie w związku z tym poproszono mnie, abym pomógł akompaniować na szkolnych jasełkach wystawianych dziś dla rodziców dzieci biorących w nich udział.

Miało się to rozpocząć o godzinie 11. Wczoraj całkiem o tym zapomniałem i nie zabrałem z kościoła, gdzie miałem próbę z zespołem mojego instrumentu. Jako że sam nie mam swojego klucza, dziś miałem sporo załatwiania, aby uzyskać dostęp do kościoła i wszystko to się przeciągnęło bardziej w czasie, niż myślałem. Miałem jeszcze na te jasełka zabrać mojego najstarszego synka – Dawidka, ale zaczęli do mnie wydzwianiać, że już czas, że wszyscy czekają i w końcu się to nie udało. Gdy przyjechałem pod szkołę, gdzie właśnie miała być przedstawiana inscenizacja, okazało się, że drzwi są zamknięte i musiałem szukać jakiegoś innego wejścia. Gdy wchodziłem do szkoły, właśnie na wierzy kościoła wybiła 11. Wchodzę do sali, a tam właśnie zaczyna się przedstawienie. Szybko podłaczyłem instrument, a wtedy Pani katechetka „zapuściła focha” i zaczynała piosenki sama. A ja stałem jak ten palant. W końcu udało mi się zagrać chyba z 2 kawałki.Na koniec były podziękowania, którymi objęto wszystkich – chyba łacznie z Herodem i najmniejszym pastuszkiem. Mnie pominięto. Zawsze takie dziękowanie bardzo mnie onieśmiela i jeśli coś robię, wolę, aby nawet mnie pominięto, niż wywyższano, tym bardziej, że tym razem zbytnio się nie napracowałem. Ale ktoś z widowni na głos podpowiedział, że jeszcze należy podziękować, co osoba przy głosie zupełnie zignorowała i pominęła milczeniem. Głupio to jakoś wyglądało. Okropnie.. Gdy tylko się to skończyło, zabrałem kable instrumnent i zmyłem się z tamtąd jako pierwszy z poczuciem ogromnego niesmaku..Właściwie sam nie wiem, po co to wszystko opisałem… Przydałyby sie jeszcze na koniec jakieś wnioski, ale jakoś brak mi sił na ich sformułowanie. Wię cpozostanie chyba tak, jak jest.

Czuje się jakiś osłabiony. Chyba choroba zaczyna mnie rozkładać. Mam suchy kaszel, osłabienie mięśni, ból głowy i ogólnie zryty nastrój.

Po co to piszę? Czy mam nadzieję, że ktoś to przeczyta i użali się nade mną? Wcale nie o to chodzi. Zdaje sobie sprawę, że najprawdopodobniej nikt tu nie trafi. Piszę to ot tak, by to jakoś spróbować sformułować i przez to choć trochę sobie ulżyć. Pomogło? Sam nie wiem.. Chyba tak.. Trochę.

eR.

 

Fotografia moją pasją Styczeń 12, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 12:54

Fotografia zawsze była moim zainteresowaniem. Już jako dziecko dostałem swój pierwszy aparat SMENA 8M. I zaczeło się chodzenie po lasach, fotografowanie wszystkiego, co się dało sfotografować. Siedzenie w ciemni, eksperymentowanie. Było to jednak ograniczone, ponieważ zarówno filmy, jak i papier fotograficzny i odczynniki fotograficzne – wszystko to było dość drogie – przynajmniej jak na nastolatka, który nie ma przecież swoich dochodów.

Rozwój w dziedzinie fotografii pozwala dziś na więcej eksperymentów. Mamy aparaty cyfrowe, komputery zamiast ciemni.. Łatweij osiągnąć zamierzony efekt praktycznie unikając kosztów.

Od czasu, kiedy wszedłem na drogę fotografii cyfrowej, zrobiłem ponad 20 tysięcy zdjęć. Nie byłoby to możliwe w fotografi tradycyjnej. Przeliczałoby się to na całe stosy kliszy, których nawet pomijając ogromne koszty, nie byłoby wiadomo, gdzie potem przechowywać, jak katalogować, przechowywać, by w razie potrzeby odnaleźć jakieś zdjęcie. Dziś jest to wszystko bardzo ułatwione. Wszystkie zdjęcia w jednym miejscu, kmożliwość udostępnienia, czy zaprezentowania swych prac w internecie, bez konieczności kłopotliwego „odbijania” na papier i przesyłania tradycyjną pocztą.

Dla większości ludzi to, o czym piszę, jest rzeczą zupełnie naturalną i nie wzbudza już takiego podziwu. Każdy jednak pamiętając poprzednie techniki „robienia fotografii” i kto sam w ciemni fotograficznej przesiedział jakąś tam – nawet niedużą liczbę godzin, z pewnością z wielką wdziecznością patrzy na ludzkie osiągnięcia w tej dziedzinie. Nie chcę powiedzieć, że fotografia na tzw. klisze jest zła i już zupełnie wyparta przez cyfrową. Sam jeszcze ciągle mam cały sprzęt potrzebny do pracy w ciemni i gdzieś w odpowietrzonych pojemnikach są jeszcze gotowe odczynniki – o ile się jeszcze nie utleniły i nie straciły swych właściwości. Jeszcze nie tak dawno robiłem tą metodą zdjęcia swojemu najstarszemu synkowi, a ma dopiero 3 latka. Ale wted miałem jeszcze legendarny model analogowej lustrzanki - NIKON FM2. Potem go sprzedałem i to po bardzo korzystnej cenie. Ale doświadczenia zdbyte w fotografii aparatem lustrznym przydały się w późniejszym czasie.

Ogólne zasady ekspozycji, głębi ostrości, czułości, czy kadrowania znałem już z wcześniejszego okresu. Teraz, co pozostawało, to tylko praktyka, praktyka, praktyka…

Był kompaktowy Canon S1 IS – z nieco lepszych modeli, pozwalających na ręczną modyfikację niemal wszystkich ustawień. Jak to w tego typu cyfrówkach, było to dość trudne, nieraz ukryte gdzieś w czeluściach MENU, ale możliwe. Ale co najważniejsze – skończyło się oszczędzanie na robieniu zdjęć.. 10-krotny zoom optyczny nawet przy matrycy 3.2Mpiksela dawał nawet spore możliwości.

Początkowo wydało się, że szczyt moich fotograficznych marzeń został osiągnięty, ale przeglądałem zdjęcia w internecie, wiedząc, jakim aparatem były robione, nabierałem przeświadczenia, że jednak aparaty lustrzane są na miarę profesjonalistów. Nie żebym się za takiego uważał, ale zawsze lubiałem mieć dobry sprzęt. Lepiej niech ma jedną funkcję więcej, niż jest mi potrzebne, niżby miał mieć jedną za mało. Początkowo nieśmiałę i nawet nienawane do końca marzenia przybrały formę NIKONA D80 + obietyw 18-130 i 70-300. To właśnie z tego aparatu zdjęcia wstawiłem w tekście tej notki.

eR.

 

Jak łatwo się wydaje pieniądze… Styczeń 2, 2008

Filed under: Rafael — rafallk @ 11:59

Miałem ku temu okazję dzis się przekonać… Zresztą nie tylko dziś..

Ostatnio mam wrażenie, że tylko to robię.. Rachunek za rachunkiem. Dawniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, że np. sprawa ogrzewania to są takie koszty… Sama instalacja mnie już niemal pogrążyła, a teraz jeszcze trzeba płacić za gaz. No niby wszystko normalnie, ale ostatnio jakoś się nazbierało tych wydatków. No bo wiadomo – Święta, prezenty. Na domiar złęgo jeszcze w grudniu wypada mi płacenie OC. No właśnie! Fjanie! Cieszyłem się, że w tym roku będę miał niższe opłaty, no bo wiadomo – bezwypadkowa jazda itd.. No i niestety – dała się we znaki nasza polska rzeczywistość.. 10% zniżki owszem przyznali, ale za to zwiększyła się składka bazowa.. Tak że w efekcie zapłaciłem więcej, niż w tamtym roku. Na szczęście tylko o 2 zł. Ale i tak nie byłem zachwycony. Ciekawe, czy w przyszłym roku też tak będzie.

No i tam od razu kolejna niespodzianka. Gdy podawałem dowód rejestracyjnySpostrzegłem, że właśnie skończyły mi się badania techniczne pojazdu. I to ile? Ponad dwa miesiące temu! A ja tyle Polski przejechałem nawet się tym nie martwiąc, bo oczywiście żyłem w błogiej nieświadomości. No masz… Więc czym prędzej postanowiłem to załatwić. Nie miałem za bardzo prawa takim samochodem bez badań poruszać się po drogach, ale skoro tyle tysięcy km zrobiłem, to te 20 dodatkowo nie zawadzi.. Na sazczeście obyło się bez rutynowej kontroli drogowej, bo byłyby kolejne wydatki, a tak tylko 100 za badanie. I kolejny rok do przodu. I nawet dwa miesiące do przodu. Pojecjałem zapłacić za wodę, ścieki itd. Kolejne 100! Odwiedziłem kierownika budowy – 200! Pojechałem do gazowni po fakturkę.. No tu już nie piszę ile, ale to już liczba czterocyfrowa.. I jeszcze przy okazji sprawdziłem, że okres ważności gaśnicy także się wykończył..

Aj.. Pierwsza notatka i taki pesymizm z niej bije. Może jestem pesymistą? Sam nie wiem.. Mało się ostatnio nad sobą zastanawiam, tłumacząc to tym, że nie mam czasu… Bo faktycznie nie mam go za dużo, ale podobno ci, którzy tak mówią, najwięcej go tracą. Pewnie tak, jak ja teraz.. Powinienem robić właśnie coś innego, a ja piszę jakiegoś durnego bloga.

A tak serio nie uważam bloga za durny.. Dawniej pisałem sporo, ale bardziej tradycyjnie – w zeszytach. Zapisałem ich kilka. Takie pisanie ma wiele plusów. Oczywiście nie takie, jakiego dałęm tutaj wyraz. Choć może też ma jakieś znaczenie, ale bardziej chodzi mi o takie przemyślenia związane ze swoim życiem, itp.. Mam nadzieję, że jeśli znajdę trochę czsu dla siebie, to również się tu takie pojawią.

eR.

 

Mój pierwszy raz.. Grudzień 30, 2007

Filed under: Prywatne — rafallk @ 3:16

… na tym Blogu oczywiście.. :) ))

N.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.