Jakże dziwnych rzeczy można doświadczyć w naszej Ojczyźnie. Wprawdzie czasy, w których było to normalnością już niby dawno minęły, jednak przyzwyczajenia wciąż pozostały. I pewnie będą trwały jeszcze długo… Odejdą wraz z tymi, którzy pamiętają miniony system.
Pamiętam jeszcze kolejki „po wszystko”, choć często okazywało się, że „po nic”, bo towar się zawsze przecież mógł szybko skończyć. Znane są też pytania, które jeszcze czasem powtarzane są na zasadzie dowcipów, typu: – Panie, a za czym za kolejka? – A nie wiem… Wszyscy stoją, to i ja stanąłem. Na szczęście czasy czasy te już minęły. Ja mówię ” na szczęście”, inni pewnie powiedzą „szkoda”. Wystarczy mieć pieniądze i właściwie wszystko można kupić. Czy oby na pewno?Kilka dni temu byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia. Kolega poprosił mnie, bym mu przywiózł worek węgla, bo im się skończył. Firma nie zapewnia transportu tak małych ilości, więc trzeba było zorganizować to we własnym zakresie. No dobrze. Jedziemy. Gdy dotarliśmy na miejsce ogromnych stert tego cennego opału, zastaliśmy pracownika w koparce, w której zręcznie się kręcił, niczym na karuzeli. Po pewnym czasie spostrzegł, że ktoś raczył pojawić się na jego „placu zabaw”, więc przerwał na chwilę swoje wirowanie i zapytał coś w stylu: -Czego? No to kolega, przedstawił mu swoje marzenie zakupu u niego węgla. Stałem nieopodal, ale warkot koparki nieco zagłuszał ich rozmowę. Machał rękami, kręcił głową, że nie. Nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Dopiero, gdy zdenerwowany kolega odszedł od niego, opowiedział mi, o co chodziło temu panu i jakie racje przedstawił.
Mianowicie oznajmił, że nie sprzeda węgla, bo wybierzemy sobie same bryłki, tzn. bez miału. No przecież właśnie to było w założeniu! Chcieliśmy kupić węgiel, a nie miał, czy jakąś mieszankę jednego w drugim. Przecież tzw. miał węglowy jest sprzedawany oddzielnie i ma sporo niższą cenę! Dlaczego mam więc płacić za dobry jakościowo węgiel, a spotykać się z pretensjami, że nie ładuję sobie tańszego miału? Ba! Ale kto tu mówi o jakichś pretensjach! My nie mieliśmy nawet szansy słysząc NIE SPRZEDAM!
Zacząłem się więc tak zastanawiać, czy ten sprzedawca miał prawo tak nas potraktować? Oczywiście, że w czasach prywatyzacji, itd. Jego punkt, jego węgiel… Zrozumiałe. Ale czy nie stać go było choć na jakieś lepsze tłumaczenie? Np. nie sprzedam Panu, bo chodzi Pan w dżinsach, albo źle Panu z oczu patrzy? A on tak po prostu bezceremonialnie, parafrazując nieco: Nie sprzedam, bo Pan chce to, za co płaci, a nie ten tańszy produkt, tak, żeby mnie więcej zostało! Który my właściwie mamy rok?
Zdenerwowałem się. Gdybym słyszał całą rozmowę na bieżąco, pewnie któreś z zamieszczonych tu pytań, albo jeszcze jakieś bardziej kłopotliwe padło by w stronę usłużnego sprzedawcy. Może idobrze, że dopiero w samochodzie dowiedziałem się o szczegółach.
Powiedziałem koledze, że pojedziemy do innego punktu, choćby do kopalni, a ‘chamowi” nie damy zarobić! Najbliższy podobny punkt sprzedaży jest oddalony o 17 km i należy do tego samego właściciela. Przypomniała nam się jednak reklama puntu sprzedaży węgla brunatnego i różnych brykietów. Napiszę tylko w skrócie, że skorzystaliśmy z tego rozwiązania. Mieliśmy samochód, było to możliwe. Ale pomyślmy, co by było, gdyby do tego pana przyszła jakaś „babcia” chcąc kupić tylko trochę opału, bo na więcej nie starczyło. No bo leki drogie, a rencina malutka. Na pół tony nie stać… A zimno jeszcze bardziej, niż za młodych lat! Czy też tak by ją potraktował? Pewnie tak. Oj świecie!
W drodze po ten węgiel drzewny kolega opowiedział mi jeszcze bardzo wymowną i pasującą do całości opowiadania historię, jak to jego znajomy pewnego razu kupował węgiel. I to wcale nie worek, lecz dwie tony. Oczywiście usłużna firma przy takich ilościach zapewnia bezpłatny transport. Tak było i tym razem. Znajomy przychodzi do domu. Żona – Kochanie, przywieźli węgiel. Ten patrzy i jakoś mu się zdaje, że jak na dwie tony, to jakoś tego za mało! Zadzwonił do innej firmy, wynajął samochód z przyczepą, załadował wszystko przy świadkach i pojechał z tym do tej firmy z opałem w celu zważenia. Brakowało bagatela jakieś 500 kg! Nawet mimo umorusanych węglem policzków przestępcy dało się zobaczyć zaczerwienienie. Ale nie stracił inicjatywy. Szybka zaproponował łapówkę w postaci dwóch ton węgla w zamian za uciszenie sprawy. Sprawa faktycznie została uciszona. Ów znajomy miał dwa razy więcej węgla. Nie łudziłbym się, że ten oszust oddał to ze swojej kieszeni. Z pewnością tę jego „wpadkę” okupili inni nabywcy, którzy nie mieli w sobie tyle inicjatywy, by jeździć z węglem na ponowne ważenie.
W punkcie z węglem brunatnym zostaliśmy obsłużeni jak przystało na cywilizowane czasy. Rady, informacje, dziękuję, zapraszam… Ale niesmak po pierwszym kupowaniu czuję do dziś
Sprawa nie dotknęła mnie osobiście i jakoś nie mam zbytnio ochoty się denerwować ponownie, ale coś mnie w tym niepokoi. Może ktoś zna więcej przepisów prawnych itp. Czy ten sprzedawca miał prawo odmówić nam sprzedaży z takim tłumaczeniem? Jeśli coś komuś się nasunie, to bardzo proszę napisać mi w komentarzu.
Przyszedł mi jeszcze pomysł, żeby wysłać po węgiel Pana Janusza Waisa (Weisa) – dziennikarza Radia ZET, który słynie z dociekania racji w takich bardzo nietypowych sprawach. Ciekawe, czy jemu by sprzedał…
eR.













Najnowsze komentarze